Puls Lewantu – twoje źródło wiedzy o Bliskim Wschodzie

Blog poświęcony szeroko rozumianej tematyce Bliskiego Wschodu. Polityka, gospodarka, historia, społeczeństwo.

Est. 2018

Wirujący derwisz nad przepaścią

by | Jun 9, 2019 | Bliski Wschód, Rosja Na Bliskim Wschodzie | 0 comments

Jak nie prowadzić polityki zagranicznej, czyli wirujący derwisz nad przepaścią

Turcja z całą determinacją podkreśla, że jest zdecydowana na zakup rosyjskich systemów S-400 – nawet jeśli odpowiedzią na taką transakcję będą dotkliwe sankcje ze strony Waszyngtonu. W co tak naprawdę gra ekipa prezydenta Erdogana i dlaczego jego polityka balansu osiągnęła właśnie kres swoich możliwości? Zapraszam na krótki komentarz o tym, jak to Turcja – chcąc przechytrzyć Amerykę i Rosję – sama wpadła w zastawione przez siebie sidła.

Kobane, czyli punkt zwrotny

Od końca 2014 roku, gdy trwałe zażarte boje o kurdyjskie Kobane w północnej Syrii, relacje między Ankarą a Waszyngtonem zaczęły się wyraźnie pogarszać – w dużym stopniu ze względu na samych Turków, którzy z jednej strony chcieli kontynuować, zapoczątkowany w 2013 r., proces pokojowy z PKK i „eksportować do Syrii” turecko-kurdyjskich bojowników a z drugiej strony nie chcieli zgodzić się na utworzenie trwałego tworu kurdyjskiego w północnej Syrii (ani nawet pozwolić na zaistnienie groźby powstania takiego tworu). To ambiwalentne stanowisko Ankary zostało momentalnie wykorzystane przez Amerykanów, którzy – wraz z innymi partnerami międzynarodowej koalicji – rozpoczęli bombardowanie wojsk Kalifatu szturmujących Kobane.

Ostatecznie kilkumiesięczna bitwa zakończyła się zwycięstwem Kurdów (na płaszczyźnie wojskowo-politycznej) i ogromną porażką polityczną Turków, którzy jej skutki odczuwają po dziś dzień. Kurdowie urośli wizerunkowo do rangi herosów, bohatersko broniących osamotnionego miasta przed wojskami islamskich fanatyków. Nic też dziwnego, że to właśnie oni stali się głównym sojusznikiem „nie-państwowym” koalicji w walce z Kalifatem.

Tymczasem dla Turków Kobane było punktem zwrotnym nie tylko w ich stosunkach z Kurdami, ale także z Ameryką. Ambiwalentna postawa wobec zagłady miasta, doprowadziła ostatecznie do załamania się turecko-kurdyjskiego procesu pokojowego i ponownego wybuchu walk z partyzantką PKK na południu Turcji. Jednocześnie, dzięki coraz większemu wsparciu ze strony Amerykanów, wojska kurdyjskie coraz bardziej rosły w siłę. Tym samym Ankara znalazła się na kursie kolizyjnym z jednym ze swoich najważniejszych sojuszników – Waszyngtonem.

Turcja uznała, i moim zdaniem bardzo słusznie, że amerykańska pomoc dla Kurdów, doprowadzi do powstania trwałego tworu politycznego w północnej Syrii, który zostanie zdominowany przez Kurdów. To natomiast – biorąc pod uwagę komponent narodowy istniejący na południu Turcji – byłoby poważnym wyzwaniem dla tureckiego bezpieczeństwa narodowego. Dlatego też Ankara zaczęła coraz bardziej naciskać na Waszyngton, aby ten zrezygnował z wspierania kurdyjskich rebeliantów, ewentualnie aby pomoc ta została ograniczona.

Amerykanie, nie chcąc popadać w konflikt z Turcją, ani rezygnować z oddanych sobie Kurdów, postanowili iść na pewien kompromis i powołać Syryjskie Siły Demokratyczne (ang. SDF). Od teraz kurdyjskie YPG miało wymieszać się z arabskimi milicjami i stać się tylko jednym z komponentów ogólnosyryjskich sił zbrojnych. Pomysł ten okazał się jednak zwykłym zabiegiem propagandowym. W momencie powoływania SDF-u, tereny kontrolowane przez YPG były w większości terenami kurdyjskimi – przez co baza rekrutacyjna wśród Arabów była stosunkowo mała. Poza tym, nawet na terenach stricte arabskich, wiele plemion wyrażało poważną rezerwę wobec idei zaciągania się do SDF-u, obawiając się że kierownictwo nowej jednostki zostanie zdominowane przez Kurdów. Ostatecznie jednak Amerykanom udało się zaangażować część plemion arabskich w projekt zatytułowany „SDF”. Jednak mimo to, SDF do tej pory pozostaje siłą zdominowaną przez Kurdów. SDF-owi nigdy nie udało się stworzyć wizerunku siły skupiającej różne grupy etniczne Syrii, które byłyby w równy sposób reprezentowane – widać to dobrze na przykładzie anty-kurdyjskich protestów, do których dochodzi w, kontrolowanej przez SDF, części prowincji Deir ez Zor.

Rywal…

Ostatecznie amerykańskie starania nie odniosły pożądanych skutków. Turcy nadal otwarcie kontestowali politykę USA wobec syryjskich Kurdów i stawiali znak równości między PKK, YPG i SDFem. To jednak nie był koniec tureckich problemów, gdyż we wrześniu 2015 r. do Syrii przybył kontyngent rosyjskich sił zbrojnych. O ile do tego momentu Turcy mogli liczyć, że – dzięki sojuszowi z rebelią – uda im się usunąć Assada i zastąpić go pro-tureckim przywódcą, a następnie rozprawić się z Kurdami, to teraz takie plany stały się nierealne. Już w pierwszych tygodniach rosyjskiej interwencji stało się jasne, że wejście Moskwy do gry jest punktem zwrotnym w historii syryjskiej wojnie domowej.

Początkowo Turcy nie chcieli tego zaakceptować i zaczęli coraz konfrontacyjnej odpowiadać na rosyjskie poczynania. Punktem kulminacyjnym tej „cichej wojny” było zestrzelenie Su-24 przez tureckiego F-16 w listopadzie 2015 r. W efekcie wzajemne stosunki obu państw sięgnęły dna. Wkrótce jednak sytuacja zmieniła się o 180 stopni.

…czy może przyjaciel?

W lipcu 2016 r. w Turcji doszło do nieudanej próby zamachu stanu. Administracja prezydenta Erdogana postanowiła wykorzystać to jako pretekst nie tylko do rozprawy z osobami faktycznie zaangażowanymi w pucz, ale także z licznym gronem przeciwników politycznych prezydenta. To natomiast wywołało ostrą krytykę ze strony Zachodu, a w szczególności USA. Turcja desperacko potrzebowała sojusznika, dzięki któremu mogłaby odwrócić uwagę Zachodu od swoich autokratycznych praktyk. Wybór padł na Rosję.

Wkrótce po puczu, Ankara i Moskwa nie tylko odnowiły swoje stosunki dyplomatyczne, ale także zacieśniły swoją współpracę – już w grudniu 2016 r. odbyło się pierwsze spotkanie w formacie astańskim. Tym samym Turcja rozpoczęła niebezpieczną grę, w której postanowiła rozgrywać jednocześnie Moskwę i Waszyngton. Zacieśniając współpracę z Moskwą, Ankara chciała wywrzeć tak dużą presję na Waszyngton, aby ten poszedł w końcu na ustępstwa wobec kwestii kurdyjskiej. Problem polegał jednak na tym, że w tej grze Turcy nie docenili ani determinacji Amerykanów, ani przebiegłości Rosjan – co w efekcie doprowadziło do tego, że Ankara z rozgrywającego stałą się pionkiem w wielkiej grze o Bliski Wschód.

Wilk czy ofiara?

Obecnie Turcja znalazła się u progu jednego z najgorszych kryzysów w historii Republiki. Gospodarka znajduje się w coraz bardziej opłakanym stanie i wymaga kompleksowych reform. Rządząca AKP woli jednak zajmować się walką polityczną z opozycyjną CHP, która – w ostatnich wyborach samorządowych – zdobyła fotel prezydenta tak w Ankarze, jak i Stambule (w tym drugim mieście, pod naciskiem AKP, zarządzono powtórzenie głosowania). Tymczasem na południowo-wschodnich rubieżach kraju trwa walka z kurdyjską partyzantką, która zresztą przelewa się także na sąsiednią Syrię i Irak. Jednocześnie Turcja wdała się w dyplomatyczny spór z Saudami, których otwarcie oskarża o zabójstwo Chaszukdżiego. Spór ten, z perspektywy czasu, okazał się całkowicie bezcelowy, bo Biały Dom nie zdecydował się na zamrożenie swoich relacji z Rijadem, a Saudowie zaczęli wycofywać swój kapitał z Turcji i bojkotować ichniejsze produkty – w zaledwie miesiąc po zabójstwie dziennikarza, saudyjskie inwestycje w tureckim sektorze budowlanym, będącym głównym kołem napędowym gospodarki nad Bosforem, spadły aż o 37% (wcześniej Saudowie byli największym inwestorem w tym sektorze). Jakby tego było mało, turecki romans z Rosją osiągnął punkty krytyczny, którym stał się zakup S-400. Turcja nie może już dłużej balansować między Moskwą a Waszyngtonem. Musi się wreszcie zdecydować, do którego obozu należy. Jednak niezależnie od tego, którą opcję wybierze, każda z nich będzie miała dla Turcji opłakane konsekwencje.

  1. Jeśli Turcy zdecydują się na sfinalizowanie zakupu S-400 to mogą być pewni tego, że USA nałoży na nich sankcje. Spowodowane to będzie tzw. ustawą CAATSA (ang. Countering America’s Adversaries Through Sanctions Act), która przewiduje sankcje między innymi za transakcje z rosyjskim sektorem zbrojeniowym. Sankcje te są obligatoryjne, jednak to prezydent decyduje o tym jakie konkretnie sankcje zostaną nałożone na dany kraj – wachlarz możliwości jest tutaj bardzo szeroki (12 kategorii, z których prezydent musi wybrać co najmniej 5) i obejmuje zarówno indywidualne sankcje, jak i ekonomiczne, wymierzone w poszczególne sektory gospodarki danego kraju handlującego z Rosją.
  2. Nałożenie sankcji ekonomicznych mogłoby doprowadzić do całkowitego załamania się tureckiej gospodarki, która i tak już teraz ma ogromne problemy. Dlatego też Turcy liczą, że nawet jeśli zdecydują się na zakup S-400, to administracja prezydenta Trumpa „ochroni ich” i nałoży na Ankarę wyłącznie sankcje indywidualne wobec tureckich decydentów lub – nawet jeśli zastosuje ostrzejsze sankcje – to tylko po to, aby za pomocą „executive orders” chwilę później wydać stosowne „zwolnienia” (ang. waivers). O takich nadziejach w kwietniu 2019 r. otwarcie mówił Ibrahim Kalin, rzecznik prezydenta Erdogana.
  3. Pojawia się tu jednak inny problem. Otóż zgodnie z CAATSA, każde „zwolnienie” od sankcji musi zostać poddane kontroli Kongresu (ang. „congressional review”). Jeśli obie izby nie zgodzą się na dane „zwolnienie” to jedynym ratunkiem dla prezydenta pozostaje skorzystanie z prawa weta. Taki ruch mógłby być jednak bardzo ryzykowny i nie przynieść pożądanych rezultatów, gdyż duża część republikanów domaga się od prezydenta ostrzejszego podejścia do poczynań Rosji na Bliskim Wschodzie i samej Turcji, która podkopuje bliskowschodnią politykę Waszyngtonu. Liderem tej grupy jest republikański senator Lindsey Graham (przewodniczący senackiej komisji spraw zagranicznych), który zapowiedział, że będzie starał się zablokować sprzedaż Turcji F-35 do momentu, gdy stanie się jasne, że Turcja nie otrzyma systemów S-400. Postawa Grahama, niedawnego ulubieńca tureckich mediów, które prześcigały się w cytowaniu jego wypowiedzi o związkach między YPG a PKK, pokazuje jak dużą wagę Kongres przywiązuje do „tureckich zakupów”.
  4. Tym samym Ankara powinna obawiać się nie tylko samych amerykańskich sankcji, ale także już samego widma ich nałożenia i ewentualnego sporu na tym tle, jaki powstałby między Białym Domem a Kapitolem. Póki co administracja Donalda Trumpa wstrzymuje się od zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec konsekwencji jakie mogą czekać Turcję za zakup S-400 – chociaż wypowiedzi części osób z jego zespołu np. Mike’a Pompeo zdają się sugerować, że USA jest gotowa na konfrontację ze swoim natowskim sojusznikiem. Ostatecznie nawet jeśli sam Trump nie będzie chciał „ukarać Turcji”, to nie wykluczone że wymusi to na nim sam Kongres.
  5. Z drugiej strony jeśli Turcja wycofa się teraz z zakupu S-400 to narazi się innemu graczowi – Rosji. W tym przypadku konsekwencje – paradoksalnie – mogą być dużo bardziej dotkliwe. Moskwa, za pomocą „formatu astańskiego”, faktycznie ograniczyła możliwość oddziaływania Turcji na sytuację polityczno-wojskową w Syrii. Mimo, że „format astański” jest często określany jako kompromisowy układ między Turcją, Rosją i Iranem, w którym każdy z graczy jest sobie równy, to prawda jest nieco inna. Otóż w największym stopniu układ ten premiuje Rosję, pozwalając jej sterować procesem pokojowym w Syrii i zwiększać rozdźwięk między Ankarą a Waszyngtonem. Innym, nieco mniejszym wygranym jest Iran, który dzięki Astanie zwiększył legitymację swojej obecności w Syrii. Natomiast korzyści jakie z tego układu odniosła sama Turcja nie są aż tak oczywiste. Co prawda „format astański” przyniósł Erdoganowi sporo korzyści na „domowym podwórku”, gdyż pozwolił AKP na przedstawienie Turcji jako potężnego kraju, aktywnie kształtującego sytuację w regionie. Jednak z perspektywy faktycznego zabezpieczenia tureckich interesów w Syrii, „format astański” okazał się całkowitym blamażem. W zamian za rezygnację z obalenia Assada, Ankarze dano szansę na podporządkowanie sobie resztek rebelii skupionej w prowincji Idlib. Jednak Turcja – mimo kilkukrotnych prób – nie była w stanie tego zrobić, a ostatecznie zwycięstwo odniosły ugrupowania dzihadystyczne skupione wokół HTS-u. Moskwa i Damaszek świadomie podkopywały tureckie wysiłki względem Idlib proponując obrońcom różnych rebelianckich enklaw porozrzucanych po całym kraju prosty wybór – totalną anihilację albo spokojną ewakuację do Idlib albo pojednanie z rządem. Większość ugrupowań umiarkowanych zdecydowała się na tę trzecią opcję np. rebelianci z Doumy na południu kraju. Jednak radykałowie wybierali najczęściej wywózkę do Idlib, gdzie zasilali szeregi – i tak już silnego i dobrze zorganizowanego – HTS-u.
  6. Obecnie Turcja w żaden sposób nie kontroluje tego co dzieje się w prowincji Idlib. Co prawda wzdłuż linii frontu rozmieszczono tureckie posterunki obserwacyjne, jednak w żaden sposób nie zatrzymało to agresji ze strony wojsk rządowych i ich rosyjskich sojuszników, którzy nawet kilkukrotnie ostrzelali te posterunki pociskami rebelianckimi – twierdząc, że Turcy zapewniają schronienie rebelianckim dowódcom. Większość Idlib znajduje się w rekach HTS-u. Tylko niektóre, mniej ważne miasteczka, pozostają w rękach pro-turekich rebeliantów. Co gorsze pozycje te są porozrzucane po całej prowincji i nie tworzą jednego spójnego punktu oporu, który mógłby rzucić wyzwanie HTS-owi. Duża część pro-tureckich rebeliantów opuściła Idlib i wyniosła się na dużo spokojniejsze tereny – np. do prowincji Afrin czy na teren okupowany przez wojska Tarczy Eufratu.
  7. Moskwa zdaje sobie dobrze sprawę z bezradności Turków wobec rozwoju sytuacji wewnętrznej w Idlib. Dlatego też ostatnią ofensywę rządową w okolicach miasta Hama należy postrzegać nie z wąskiej perspektywy wojskowej, lecz szerszej, dyplomatycznej. Przede wszystkim ofensywa ta nie mogłaby odbyć się bez wcześniejszego zielonego światła ze strony Moskwy. Dlatego też najprawdopodobniej Rosja – widząc wahania Ankary co do zakupu S-400 – postanowiła dać Damaszkowi zgodę na ofensywę i tym samym „złapać Turków za gardło”. Ofensywa w Hamie to jasny sygnał dla Turków – jeśli wycofacie się z umowy w sprawie S-400, to Moskwa nie będzie miała interesu w dalszym zatrzymywaniu Assada przed generalnym atakiem na ostatnią prowincję rebelii.
  8. Utrata Idlib miałaby poważne reperkusje nie tylko dla tureckiej polityki zagranicznej, ale także wewnętrznej. Obóz rządzący konsekwentnie odciąga uwagę społeczeństwa od piętrzących się problemów ekonomicznych za pomocą swojej konfrontacyjnej polityki względem regionu, a w szczególności Syrii. Tym samym utrata Idlib mogłaby oznaczać także znaczny spadek poparcia dla rządzącej AKP. Nagle okazałoby się, że „turecka potęga” to tylko złudzenie, „kupione” układem z Rosją.
  9. W ten sposób Turcja wpadła we własne sidła. Jej próba prowadzenia niezależnej od Waszyngtonu polityki zagranicznej doprowadziła ją nad krawędź. Porażka Turków jest ewidentna. W obecnej sytuacji pozostał im wyłącznie wybór między tym, z którym państwem pójdą na konfrontację – z Ameryką czy Rosją. Jeśli Ankara kupi S-400 to najprawdopodobniej zostanie wyrzucona z programu wspólnej produkcji F-35, a także – co wcale nie wykluczone – będzie musiała zmierzyć się z sankcjami gospodarczymi, co natomiast może doprowadzić do upadku rządów Erdogana. Z drugiej strony, jeśli Turcja zrezygnuje teraz z dealu z Rosją, to najprawdopodobniej Moskwa da Damaszkowi zielone światło na zajęcie całej prowincji Idlib, to natomiast może uderzyć – w newralgicznym momencie – w poparcie społeczne dla AKP i…także doprowadzić do upadku Erdogana.
  10. Oczywiście w tej grze jest jeszcze wiele zmiennych, które mogą odwrócić sytuację o 180 stopni. Jednak póki co wydaje się, że – niestety – Erdogan będzie obstawać przy swoim i zdecyduje się na zakup S-400, nawet mimo ryzyka sankcji ze strony Waszyngtonu. Obecnie Rosja jest zbyt ważnym lewarem w polityce zagranicznej Turcji, aby ta tak łatwo z niej zrezygnowała. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie punktów spornych między Ankarą a Zachodem cały czas przybywa – nie chodzi już wyłącznie o kwestię kurdyjską, ale także np. o rywalizację z Saudami (w mniejszym stopniu), czy problem Cypru, który w ostatnich miesiącach odżył z nową siłą w związku z planowanym tureckimi odwiertami na Morzu Śródziemnym. Sama Turcja jest zbyt słaba, aby ugrać coś w tych sporach samodzielnie. Jednak, spędzający sen z powiek zachodnich dyplomatów flirt z Rosją, może okazać się właśnie tym brakującym elementem układanki, który pozwoli Turcji przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Pytanie jednak jak długo Turcja może utrzymywać taki stan rzeczy (tj. jednoczesne rozgrywanie Zachodu i Rosji). Wszystko wskazuje jednak na to, że Ankara – procedując dalej zakup S-400 mimo obaw USA – osiągnęła granicę wytrzymałości swojej polityki zagranicznej. Jeśli Erdoganowi nie uda się w jakiś sposób ugłaskać Waszyngtonu (okazja ku temu będzie pod koniec czerwca w Japonii, gdzie Erdogan ma spotkać się z Trumpem), a jednocześnie zapewnić przychylności Moskwy, to już niedługo możemy zostać świadkami spektakularnej porażki tureckiej dyplomacji, która szybko może położyć się cieniem na wizerunku Erdogana w samej Turcji.

Dołącz do Patronów bloga!

Dołącz do grona Patronów bloga i uzyskaj dostęp Strefy dla Patronów. W każdy weekend na biurkach moich Patronów pojawia się przegląd prasy, czyli podsumowanie najważniejszych wydarzeń na Bliskim Wschodzie w minionym tygodniu. Patroni otrzymują także wczesny dostęp do wszystkich treści przeze mnie tworzonych. Na Facebooku istnieje specjalna grupa dyskusyjna dla Patronów Pulsu Lewantu, gdzie wstawiam zakulisowe materiały oraz organizuję tzw. “Wolne Czwartki”.

TOMASZ RYDELEK

TOMASZ RYDELEK

Autor, założyciel Pulsu Lewantu

Absolwent prawa na WPiA Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Tomasz Rydelek

Absolwent prawa na WPiA Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Archiwum

error: Nie tym razem, Michale! Ta zawartość jest chroniona!