Puls Lewantu – twoje źródło wiedzy o Bliskim Wschodzie

Blog poświęcony szeroko rozumianej tematyce Bliskiego Wschodu. Polityka, gospodarka, historia, społeczeństwo.

Est. 2018

Koronawirus na Bliskim Wschodzie

by | Feb 24, 2020 | Bagdadzka Perspektywa, Bliski Wschód | 0 comments

W środę, 19 lutego, w Iranie zdiagnozowano pierwszy przypadek śmierci spowodowanej  koronawirusem z Wuhan. Władze nie podniosły jednak alarmu i nie odwołały wyborów parlamentarnych zaplanowanych na 21 lutego, w ten sposób zapewniając wirusowi idealne warunki do rozwoju. Liczba zakażonych w Iranie gwałtownie rośnie, a sąsiednie kraje obawiają się że wirus przeniknie także do nich – szczególnie zaniepokojony sytuacją jest wyniszczony wojną Irak, który nie dysponuje środkami pozwalającymi zmierzyć się z groźnym wirusem, a fatalna sytuacja sanitarna w kraju stanowi idealne środowisko do rozwoju wirusa.

Cisza przed burzą

W środę, 19 lutego 2020 r., Alireza Vahabzadeh, doradca irańskiego ministra zdrowia, poinformował o śmierci dwóch osób w mieście Kom, podając jednocześnie że u osób tych zdiagnozowano zakażenie koronawirusem z Wuhan. W ten sposób para z Kom stała się pierwszymi zakażonymi w Iranie, a także pierwszymi śmiertelnymi ofiarami wirusa na Bliskim Wschodzie.

Irańskie władze zlekceważyły jednak sytuację i nie podjęły żadnych znaczących działań zaradczych, które miałyby zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa w kraju. Działania Irańczyków (a raczej ich brak) podyktowane byłby najprawdopodobniej faktem, że już w piątek, 21 lutego, miały odbyć się wybory parlamentarne, a władze nie chciały wywoływać – jak wtedy uważano – zbędnej paniki.

Jednak wirus postanowił nie czekać na Irańczyków i w następnych dniach lokalne media informowały o kolejnych przypadkach zakażenia koronawriusem. “Worek z zakażeniami” otworzył się jednak dopiero po wyborach, w sobotę, gdy liczba zarażonych gwałtownie wzrosła. Już w poniedziałek Irańczycy informowali o 61 zarażonych i 12 zabitych. Na dzień dzisiejszy (26 lutego, środa) liczby te podskoczyły jeszcze do 139 zarażonych i 19 zmarłych.

Rządowe statystyki podważył jednak Ahmad Amirabadi, konserwatywny parlamentarzysta, który stwierdził, że tylko w samym Kom do niedzieli miało umrzeć aż 50 osób. Jego słowa wywołały szybką reakcję Iraja Harirchiego, wiceministra zdrowia, który stwierdził, że jeśli liczby podane przez Amirabadiego są prawdziwe, to poda się do dymisji. Ciężko stwierdzić kto w tym sporze ma rację. Być może liczba zachorowań i zgonów jest większa niż podaje to rząd, lecz trzeba pamiętać że oskarżeniom Amirabadiego, konserwatysty, także nie można w pełni ufać – niewykluczone, że konserwatyści chcą wykorzystać tę tragedię dla swoich politycznych celów – tj. ataku na rząd prezydenta Rouhaniego.

Rządowe statystyki podważył także kanadyjsko-irański zespół naukowców z Uniwersytetu w Toronto, który w swoim raporcie – opublikowanym 25 lutego – szacuje, że liczba zakażonych Irańczyków może w rzeczywistości wynosić nawet ok. 16.000 osób.

Moim zdaniem Irańczycy – zwłaszcza na początku – ukrywali prawdę o ekspansji wirusa. Prawdopodobnie od środy (śmierć “pary z Kom”) do piątku zanotowano już kilkadziesiąt zakażeń, lecz władze postanowiły o tym nie informować, gdyż – jak wspomniałem – bały się jak taka wiadomość może wpłynąć na wybory parlamentarne. Pytanie jednak czy takie działania w ogóle były opłacalne? Frekwencja wyborcza i tak była strasznie niska (ok. 42%), a skupiska osób w lokalach wyborczych stały się idealną platformą do zarażenia kolejnych osób. W tej sytuacji władze powinny przesunąć wybory na późniejszy termin, jednak – z dość niezrozumiałych powodów (bo konserwatyści i tak mieli zwycięstwo w kieszeni) – zdecydowano się postąpić inaczej i narazić tysiące osób na zakażenie koronawirusem.

Irańska kontrofensywa czy tylko połowiczne działania?

Pierwsze konkretne działania, które miały zatrzymać ekspansję wirusa z Wuhan, Irańczycy podjęli dopiero w niedzielę, 23 lutego, zamykając szkoły i uniwersytety w 14 prowincjach na północy kraju – w tym w Teheranie. Dodatkowo w całym kraju odwołano spektakle filmowe i inne wydarzenia kulturalne, zaczęto przestrzegać przed dużymi skupiskami osób oraz rozpoczęto odkażanie środków komunikacji miejskiej. W przeciwieństwie jednak np. do Chin, czy Włoch, nie zdecydowano się na objęcie kwarantanną ogniska wirusa – tj. miasta Kom.

W poniedziałek Irańczycy zorganizowali specjalną konferencję prasową, którą poprowadził, wspomniany już, wiceminister zdrowia Harirchi i rzecznik rządu Ali Rabiei. Obaj Panowie zapewniali, że sytuacja jest już opanowana. Trudno jednak było czuć się spokojnym, gdy Harirchi co chwilę przykładał rękę do czoła i chusteczką wycierał pot ociekający po jego twarzy (nagranie poniżej). Harirchi sam wyglądał jak chory – i faktycznie, następnego dnia koronawirusa zdiagnozowano także u niego.

Trudno nie odnieść wrażenia, że walka Irańczyków z koronawirusem nie tylko jest podszyta mało subtelnie skrywanym kłamstwem, ale także że jest ona połowiczna. Kom nadal nie jest objęte kwarantanną. Mało tego – mimo zaleceń władz – lokalni duchowni nadal odprawiają modlitwy, na których zbierają się dość liczne wierni. Trzeba natomiast pamiętać, że Kom jest jednym z najważniejszych szyickich ośrodków religijnych, który każdego roku odwiedza nawet do 20 milionów osób. W ten sposób działania Irańczyków nie tylko nie stanowią przeszkody dla koronawirusa, ale wręcz ułatwiają mu rozwijanie się.

Jeszcze więcej pytań budzi choroba Harirchiego. Skoro władze nie były w stanie dostatecznie szybko wykryć wirusa u niego, to dlaczego Irańczycy mają ufać jakimkolwiek komunikatom ministerstwa zdrowia na temat sytuacji w kraju.

Warto zwrócić także uwagę, że Iran jest pierwszym krajem w którym koronawirusem z Wuhan zarazili się oficjale wysokiego szczebla. Nie chodzi tu tylko o wspomnianego wiceministra zdrowia Harirchiego, ale także o Mahmouda Sadeqiego, parlamentarzystę, u którego także stwierdzono zakażenie wirusem. To rodzi następujące pytanie: skoro ci dwaj politycy są już zarażeni, to kto będzie następny? Trzeba bowiem pamiętać, że obaj (a zwłaszcza Harirchi) byli ostatnio bardzo aktywni i odbywali liczne spotkania z innymi politykami. Nie można wykluczyć, że obecnie irański establishment polityczny jest grupą podwyższonego ryzyka, dużo bardziej narażoną na zarażenie wirusem niż “szarzy Irańczycy” przechadzający się ulicami Teheranu.

Panika u sąsiadów 

W przeciwieństwie do powolnej reakcji Irańczyków, sąsiednie kraje były dużo bardziej zdecydowane gdy wiadomość o “parze z Kom” obiegła świat. Jeszcze tego samego dnia (tj. w środę, 19 lutego) Irak zamknął granicę z Iranem. Wkrótce w ten sam sposób postąpili inni sąsiedzi Iranu – Turcja, Pakistan, Afganistan i Armenia.

Szczególnie zaniepokojone sytuacją poczuły się kraje z dużym odsetkiem szyitów, którzy chętnie pielgrzymują do Kom. Obawy te szybko okazały się zasadne, gdy w poniedziałek potwierdzono pierwsze przypadki zakażenia wirusem z Wuhan w Kuwejcie (3 osoby) oraz w Iraku (1 osoba).

Szczególnie martwiąca wydaje się być obecność wirusa w Iraku. Do kraju przywiózł go Irańczyk studiujący w jednym z irackich seminariów w Nadżafie – kolejnego miejsca pielgrzymek szyitów (ok. 15 mln odwiedzających rocznie). Co prawda Irakijczycy szybko zamknęli szkoły i meczety w Nadżafie, jednak pytanie czy to wystarczy, aby zatrzymać ekspansję wirusa. Walka toczy się natomiast o wysoką stawkę, gdyż iracka służba zdrowia nie jest żaden sposób przygotowana do pełnoskalowej walki z wirusem z Wuhan. Nie chodzi tu nawet tyle o brak odpowiedniego wyposażenia w szpitalach, co przede wszystkim fatalny poziom sanitarny występujący w kraju. Tylko w samej prowincji Basra, położonej bezpośrednio obok granicy z Iranem, aż 40% domostw nie jest podłączonych do kanalizacji, a większość mieszkańców stolicy tej prowincji (także o nazwie Basra) nie ma dostępu do bieżącej wody – ci natomiast, którzy mają do niej dostęp i tak starają się jej nie używać, gdyż jest ona zbyt zanieczyszczona (w 2018 r. aż 118 .000 osób trafiło w Basrze do szpitala z powodu zatrucia wodą).

Warunki do rozwoju choroby w Iraku są idealne, dlatego władze próbują zrobić wszystko, co możliwe aby zapobiec przeniknięciu koronawirusa do Iraku. Wirusa trzeba zatrzymać jeszcze zanim wywoła on epidemię w Iraku. W momencie, gdy Irak zanotuje wysoką liczbę zakażeń, lokalne służby zdrowia nie będą w stanie samodzielnie opanować sytuacji i będą potrzebowały pomocy z zewnątrz – a uzyskanie jej nie będzie ani łatwe ani szybkie.

Póki co ciężko powiedzieć jak sytuacja z koronawirusem potoczy się w Iraku. We wtorek, w Kirkuku, zdiagnozowano co prawda 4 kolejne osoby zarażone. Jednak nadal nie wiadomo w jakim stopniu wirusowi udało się przeniknąć z Iranu do Iraku – tego dowiemy się dopiero prawdopodobnie w pierwszym tygodniu marca. Nie wiadomo także jak dużym problemem koronawirus jest w samym Iranie. Jeśli oficjalne dane podawane przez rząd w Teheranie są nieprawdziwe, to sytuacja Iraku rysuje się w ciemnych barwach.

Jeśli wirusowi uda się przeniknąć masowo do Iraku, to sytuacja może wyglądać bardzo źle. Na niekorzyść Iraku przemawiają głównie trzy kwestie:

  • długi okres inkubacji wirusa (ok. 14 dni), co oznacza że wirus już może rozprzestrzeniać się po kraju, a zarażenie nie są tego świadomi;
  • fatalne warunki sanitarne w kraju (Basra jest przykładem a nie wstydliwym wyjątkiem);
  • liczne wizyty Irakijczyków w Iranie i Irańczyków w Iraku, które wynikają nie tylko z powodów religijnych, ale także gospodarczych i polityczno-wojskowych (członkowie PMU).

Na plus Iraku przemawia jednak to, że lokalne władze działają – przynajmniej póki co – bardzo rozsądnie np. zamykając szkoły i meczety w Nadżafie, poddając 14-dniowej kwarantannie Irakijczyków wracających z Iranu i zamykając granicę dla samych Irańczyków. Bardzo restrykcyjne środki podjęły też władze kurdyjskiej autonomii, które ograniczyły wjazdy i wyjazdy z terenów KRG oraz zamknęły szkoły do 23 marca.

Jeśli jednak wirusowi uda się wywołać epidemię w Iraku, to nic nie zatrzyma go także przed ekspansją dalej na zachód – do Syrii, gdzie, w wyniku wieloletnich działań wojennych, większość infrastruktury medycznej uległa zniszczeniu.

W ten sposób koronawirus z Wuhan może stać się dla Bliskiego Wschodu tym samym czym Hiszpanka była dla Europy Zachodniej – kolejnym ciosem wymierzonym w już i tak nadwyrężone struktury społeczne i polityczne, który spowodował więcej zgonów niż działania zbrojne podczas I wojny światowej. Tak samo koronawirus może zebrać bardziej krwawe żniwo niż bliskowschodnie wojny, które wybuchły po Arabskiej Wiośnie.

Warto też pamiętać, że nawet jeśli wirus okaże się mniej śmiertelny niż straszą nim lekarze, czy nie wywoła epidemii na Bliskim Wschodzie, to państwa tego regionu nie są samotnymi statkami, na które nie mają wpływu procesy zachodzące globalnie. Istnieje duże ryzyko, że koronawirus zakończy się nie tyle masową śmiertelnością wśród ludzi, co głębokim kryzysem gospodarczym, to natomiast z pewnością odbije się na sytuacji w takich krajach jak np. Irak (gdzie od listopada trwają protesty m.in. właśnie na tle gospodarczym) oraz Iran (który gospodarczo radzi sobie bardzo słabo pod wpływem amerykańskich sankcji).

“Instalacje” w Basrze, w ten sposób do niektórych domów dostarcza się tam wodę

Dołącz do Patronów bloga!

Dołącz do grona Patronów bloga i uzyskaj dostęp Strefy dla Patronów. W każdy weekend na biurkach moich Patronów pojawia się przegląd prasy, czyli podsumowanie najważniejszych wydarzeń na Bliskim Wschodzie w minionym tygodniu. Patroni otrzymują także wczesny dostęp do wszystkich treści przeze mnie tworzonych. Na Facebooku istnieje specjalna grupa dyskusyjna dla Patronów Pulsu Lewantu, gdzie wstawiam zakulisowe materiały oraz organizuję tzw. “Wolne Czwartki”.

TOMASZ RYDELEK

TOMASZ RYDELEK

Autor, założyciel Pulsu Lewantu

Absolwent prawa na WPiA Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Tomasz Rydelek

Absolwent prawa na WPiA Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Archiwum

error: Nie tym razem, Michale! Ta zawartość jest chroniona!