Puls Lewantu – twoje źródło wiedzy o Bliskim Wschodzie

Blog poświęcony szeroko rozumianej tematyce Bliskiego Wschodu. Polityka, gospodarka, historia, społeczeństwo.

Est. 2018

Biden wylądował w Izraelu. W piątek leci do Arabii Saudyjskiej. Czego się spodziewać?

utworzone przez | lip 13, 2022 | Bliski Wschód, Q | 0 komentarzy

Przed kilkoma godzinami prezydent Joe Biden wylądował na lotnisku im. Ben Guriona w Tel Awiwie. To pierwszy dzień jego 3-dniowej wizyty na Bliskim Wschodzie, w ramach której odwiedzi w piątek także Arabię Saudyjską. To pierwsza wizyta Joe Bidena w regionie od momentu gdy objął władzę w Białym Domu 18 miesięcy temu. Zwłaszcza drugi przystanek tej podróży, czyli Arabia Saudyjska, jest szczególnie kontrowersyjna kwestią. Jeszcze podczas kampanii wyborczej w 2019 r. Biden zapowiadał, że uczyni Królestwo „pariasem” i ostro krytykował księcia Mohammeda bin Salmana, którego Amerykanie uważają za odpowiedzialnego za zamordowanie Dżamala Chaszukdżiego w stambulskim konsulacie. Wojna na Ukrainie i wysokie ceny ropy naftowej zmieniły jednak polityczne kalkulacje gospodarza Białego Domu. Arabia Saudyjska znowu okazała się potrzebna. Czego można spodziewać się po wizycie Bidena na Bliskim Wschodzie?

Przystanek nr 1. Izrael

Pierwszym przystankiem dla Joe Bidena będzie Izrael. Wizyta następuję w trudnym momencie dla tego kraju. Od 2018 r. Izrael pozostaje w głębokim kryzysie politycznym, spowodowanym upadkiem rządów premiera Binjamina Netanjahu w grudniu 2018 r. W latach 2019-2021 w kraju przeprowadzono aż cztery rundy wyborów parlamentarnych. Wszystkie z nich zakończyły się zwycięstwem Netanjahu, ale za każdym razem popularny „Bibi” miał ogromny problem z utworzeniem rządu większościowego.

Ostatnie wybory, przeprowadzone w marcu 2021 r., także zakończyły się zwycięstwem Bibiego, jednak to nie on utworzył rząd. Szeroka koalicja anty-Netanjahu skupiona wokół Naftaliego Bennetta i Jaira Lapida przejęła władzę. Koalicja ta była jednak mocno egzotyczna. W jej skład weszli zarówno nacjonaliści, centrowcy, lewica, a nawet arabscy posłowie (po raz pierwszy w historii izraela). Przez wewnętrzne konflikty i intrygi Netanjahu, koalicja jednak rozpadła się w czerwcu 2022 r., a na październik tego roku wyznaczono nowe wybory parlamentarne.

Dla Netanjahu, przyszłe wybory będą nie tylko walką o fotel premiera, ale walka o jego karierę polityczną jako taką – od 2020 r. toczy się przeciwko niemu proces o korupcję (jeśli Bibi zostałby premierem mógłby użyć swoich uprawnień, aby wyciszyć sprawę). Dlatego nadchodząca kampania wyborcza zapowiada się na szczególnie zażartą.

Sondaże wskazują, że największe szanse na wygranie wyborów i utworzenie rządu ma Netanjahu, którego partia (Likud) wraz z sojusznikami może liczyć na 59 mandatów z 120 możliwych. W poprzednich wyborach zdarzało się już jednak, że Bibi i jego sojusznicy zdobyli po 58-59 mandatów, a i tak nie byli w stanie przeciągnąć na swoją stronę jeszcze kilku posłów, aby zdobyć większość w parlamencie. Jeśli tym razem Netanjahu znowu wygra i nie utworzy rządu, to Izrael nadal będzie trwał w stanie politycznego zawieszenia, w którym znajduje się od końca 2018 r.

Kryzys polityczny w Izraelu to problem dla Ameryki, dla której Tel Awiw jest jednym z najważniejszych sojuszników w regionie. Ciągle zmieniające się rządy w Izraelu komplikują koordynację działań między Tel Awiwem a Waszyngtonem – zwłaszcza w sytuacji, gdy Amerykanie nadal próbują osiągnąć kompromis z Irańczykami w sprawie reaktywacji JCPOA, tj. umowy regulującej irański program nuklearny zawarty w 2015 r., z której prezydent Trump wycofał się 3 lata później.

Od rozpoczęcia amerykańsko-irańskich rozmów w 2021 r., Izraelczycy ostro je krytykują i grożą użyciem siły wobec Teheran. Postawę Izraela dobrze ujął premier Naftali Bennett (2021-2022), który stwierdził, że Izrael nie będąc stroną rozmów z Iranem, nie będzie także związany ewentualnym porozumieniem, a w konsekwencji, jeśli Izraelowi nie spodobają się warunki umowy USA-Iran, Izrael będzie mógł nadal uderzyć na irańskie ośrodki badań nuklearnych.

Obecnie rozmowy amerykańsko-irańskie na temat reaktywacji JCPOA pozostają w martwym punkcie – od lutego rozmowy, które prowadzono dotychczas w Wiedniu, pozostają zawieszone. Wydaje się, że jakiekolwiek porozumienie z Iranem jest bardzo daleko, o ile w ogóle jest jeszcze możliwe. Irańczycy bowiem postawili Amerykanom zaporowe żądania. Teheran żąda od Waszyngtonu gwarancji, że kolejny prezydent USA nie wycofa się z JCPOA, tak jak zrobił to Trump. Takie gwarancje może dać jednak tylko Kongres, który jest bardzo negatywnie nastawiony do rozmów z Iranem (Kongres nigdy nie zatwierdził także „oryginalnej” JCPOA z 2015 r.).

Kongres byłby gotów zatwierdzić ewentualną umową z Iranem tylko wtedy gdyby wykraczała ona poza JCPOA i objęła jeszcze kwestię finansowania przez Iran bojówek w regionie, czy irański program rakiet balistycznych. Iran jednak twardo stoi na stanowisku, zajętym jeszcze przez prezydenta Rouhaniego (2013-2021), że przedmiotem rozmów może być tylko reaktywacja JCPOA i nic więcej.

W związku z fiaskiem rozmów amerykańsko-irańskich, Izrael coraz mocniej naciska na siłowe rozwiązanie problemu irańskiego programu nuklearnego. Amerykanie robią jednak wszystko co możliwe, aby odwieść IDF od nalotów na Iran. Jeszcze w 2021 r. powołano nawet specjalnego wysłannika, który informuje Izraelczyków o postępach rozmów z Irańczykami i postępach Irańczyków w zakresie programu nuklearnego. Dla Tel Awiwu to jednak za mało.

Wizyta Bidena w Izraelu będzie próbą uspokojenia Izraelczyków i odwiedzenia ich od prób siłowego rozwiązania konfliktu z Iranem. Już sama obecność Bidena powinna nieco ostudzić nastroje. Przez pierwsze 18 miesięcy swojej prezydentury Biden nie odwiedził Izraela, co było dość nietypowe, bo Izrael przeważnie jest jednym z pierwszych krajów które odwiedzają prezydenci USA. Wizyta Bidena może zatem nieco zmniejszyć podejrzliwość Izraelczyków i ich poczucie osamotnienia w konfrontacji z Iranem.

Wydaje się, że to właśnie temat Iranu będzie najważniejszym tematem podczas wizyty Bidena w Izraelu. Co prawda Biden ma spotkać się jeszcze w piątek z władzami Autonomii Palestyńskiej, ale nie ma co liczyć na jakiś przełom w procesie pokojowym izraelsko-palestyńskim.

Od lewej: prezydent Herzog i premier Lapid witający prezydenta Bidena na płycie lotniska im. Ben Guriona w Tel Awiwie

Przystanek nr 2. Arabia Saudyjska

Arabia Saudyjska jest z pewnością najważniejszym elementem wizyty Bidena na Bliskim Wschodzie. Biden przybędzie do Królestwa w piątek. Spotka się z królem Salmanem oraz weźmie udział w szczycie Rady Współpracy Zatoki Perskiej.

Wizyta w Królestwie następuje w bardzo kluczowym momencie. Od czasu zabójstwa Dżamala Chaszukdżiego (2018 r.), stosunki amerykańsko-saudyjskie pozostają napięte. Amerykański wywiad uważa, że to saudyjski następca tronu, Mohammed bin Salman, wydał rozkaz zabicia Chaszukdżiego.

Biden, jeszcze podczas kampanii wyborczej w 2019 r., nazwał Arabię Saudyjską „pariasem”, a gdy został już prezydentem zapowiedział rekalibrację stosunków z KSA. Ostatecznie jednak nic takiego nie nastąpiło. Mohammed bin Salman (MBS) de facto rządzi Arabią Saudyjską (jego ojciec, król Salman, jest już mocno schorowany), więc wszelkie kroki podejmowane przeciwko MBS’owi były podejmowane przeciwko Arabii Saudyjskiej. Dodatkowo Amerykanie obawiali się, że ewentualne sankcje mogłyby doprowadzić do zacieśnienia relacji przez MBS’a z Rosją i Chinami (które i tak odgrywają coraz większą rolę w polityce Królestwa).

W ten sposób stosunki amerykańsko-saudyjskie przetrwały w stanie swoistego zawieszenia do lutego 2022 r. i wybuchu wojny na Ukrainie. Rosyjska agresja wywindowała ceny ropy naftowej, a Amerykanie zaczęli prosić Rijad o zwiększenie wydobycia ropy naftowej. Saudowie jednak twardo odmawiali, twierdząc że wszystkie decyzje na temat zwiększenia wydobycia muszą być podejmowane w formacie OPEC+ (tj. z udziałem Rosji, format OPEC+ działa od 2018 r.).

Brak zgody Saudów na zwiększenie wydobycia, i wzrost ceny za baryłkę ropy do 130 dolarów, zmusił Bidena do uwolnienia w marcu rezerwy strategicznej USA – codziennie, przez okres 6 miesięcy, na rynek trafia dodatkowy 1 milion baryłek ropy naftowej. Jest to jednak rozwiązanie tymczasowe.

Mimo, że obecnie cena ropy naftowej spadła już do około 100 dolarów za baryłkę (przed rosyjską inwazją było to ok. 90 dolarów), to amerykańscy analitycy uważają że może być to tylko chwilowa obniżka związana z obawami o wystąpienie recesji czy wzrastającą liczbą przypadków koronawirusa w Chinach (gdzie nadal obowiązuje polityka zero covid). Dodatkowo na jesieni Amerykanie zakończą uwalnianie wspomnianej rezerwy strategicznej ropy naftowej.

Biorąc pod uwagę, że rozmowy z Iranem są w martwym punkcie, najlepiej dla Amerykanów byłoby gdyby Saudowie zgodzili się na zwiększenie wydobycia. Jednak to nie jest takie proste. Jak szacują analitycy S&P Global, Arabia Saudyjska najprawdopodobniej dysponuje bardzo skromnymi „wolnymi mocami” przerobowymi. Także nawet zwiększenie wydobycia przez KSA nie byłoby w stanie zastąpić rosyjskiej ropy i ustabilizować cen (jeśli ropa znowu zacznie drożeć).

Obecne saudyjskie wydobycie wynosi ok. 10,5 mln baryłek dziennie. Kilka lat temu Saudi Aramco twierdziło, że może podnieść dzienne wydobycie do nawet 12,5 mln baryłek. Takie przypadki odnotowywano już w historii, jednak nigdy Saudowie nie byli w stanie utrzymać wydobycia na takim poziomie przez dłużej niż przez kilka tygodni.

Jeśli zatem Amerykanie liczą na tańsze paliwa, to decyzja o zwiększeniu wydobycia powinna zostać podjęta nie przez samą Arabię Saudyjską a przez całe OPEC – ta organizacja działa jednak bardzo powoli, a istnienie formatu OPEC+ (z udziałem Rosji) czyni zwiększenie wydobycia jeszcze bardziej problematycznym. Kolejny szczyt OPEC+ planowany jest na sierpień, a dotychczasowa umowa OPEC+, określająca maksymalne wydobycie poszczególnych krajów, obowiązuje do września. Jeśli jakieś decyzje w tej materii zatem zapadną to właśnie wtedy, a nie podczas wizyty Bidena.

Poza tym pojawia się także kwestia tego, czy Saudowie i inne kraje OPEC w ogóle będą chciały zwiększyć wydobycie. KSA czy ZEA – mimo że nadal uważają Amerykę za swojego kluczowego sojusznika – to w ostatnich latach bardzo zbliżyły się do Rosji i Chin – Arabowie używają tych 2 krajów jako lewara w swoich stosunkach z USA.

Co dodatkowo ważne Bliski Wschód postrzega wojnę na Ukrainie nie jako konflikt ukraińsko-rosyjski, ale bardziej amerykańsko-rosyjski. Biorąc pod uwagę dobre stosunki Arabów z Moskwą, wydaje się że KSA nie porzuci formatu OPEC+ i nawet jeśli da zielone światło do zwiększenia wydobycia przez kartel to zrobi to tylko po uzyskaniu zgody Moskwy.

Poza tym właśnie po to powstał OPEC+, aby windować ceny ropy w górę. To Ameryka ma problem z wysokimi cenami za baryłkę ropy a nie Arabia Saudyjska.

Mohammed bin Salman podczas wizyty w Białym Domu gdy gospodarzem tam był jeszcze Barack Obama (po prawej)

Czego zatem się spodziewać po wizycie Bidena?

Moim zdaniem Biden nie uzyska ustępstw od Arabii Saudyjskiej jeśli idzie o zwiększenie wydobycia ropy naftowej. Jeśli jakieś decyzje zapadną w tej materii to najpewniej dopiero po konsultacjach Rijadu z Moskwą jesienią tego roku.

Wizyta Bidena – moim zdaniem – umocni także pozycję samego Mohammeda bin Salmana. MBS nie ma co liczyć na spotkanie sam na sam z Bidenem, który zapowiedział że spotka się tylko z królem Salmanem, ale i tak samo nawet zdjęcie uścisku dłoni Bidena z MBS’em będzie dla Saudów pewnym symbolem „skruchy” Bidena wobec Królestwa i księcia Mohammeda bin Salmana.

Przy czym nie jestem do końca przekonany czy wizyta Bidena wpłynie pozytywnie na stosunki amerykańko-saudyjskie. MBS to wyrachowany polityk. Bardziej niż pogodzić się z Bidenem chce go raczej upokorzyć.

Moim zdaniem jedynym konkretnym sukcesem wizyty Bidena może okazać się rozbudowa partnerstwa arabsko-izraelskiego. W arabskiej prasie spekuluje się o możliwym otwarciu połączeń lotniczych między Izraelem a Arabią Saudyjską (KSA już teraz pozwala na przelot przez swoje terytorium izraelskim samolotom zmierzającym do Emiratów i Bahrajnu). Sporo też mówi się o integracji izraelskich systemów obrony przeciwlotniczej z arabskimi systemami i formalizacji szerokiego arabsko-izraelskiego bloku polityczno-wojskowego, który miałby zabezpieczyć interesy partnerów USA w sytuacji konfrontacji z Iranem.

Amerykański dylemat bliskowschodni

Uważam, że Biden podjął dobrą decyzję jadąc na Bliski Wschód. Jednak problemy z amerykańskim przywództwem na Bliskim Wschodzie są tak duże, że sytuacji nie naprawi jedna krótka wizyta.

Od lat stosunki USA z regionalnymi partnerami pozostają napięte. Biden i jego ludzie nie mają recepty na rozwiązanie sporu z KSA (zabójstwo Chaszukdżiego), Turcją (sprawa S-400 i sankcji nałożonych na turecką zbrojeniówkę), Iranem (sprawa JCPOA), czy ZEA (kwestia sprzedaży F-35). To nie jest jednak wina samego Bidena, bo część tych problemów wykreowali jego poprzednicy np. problemy z Turcją to „zasługa” Obamy, a z Iranem – Trumpa.

Ważna jest jednak sama obecność Bidena i pokazanie, że Bliski Wschód nadal jest dla Ameryki ważny. Rywalizacji z Chinami i Rosją nie można bowiem wygrać opuszczając całkowicie Bliski Wschód – luka pozostawiona w regionie szybko zostanie wypełniona bowiem właśnie przez Rosję, Chiny i Iran.

Amerykanie muszą jednak pamiętać, że samymi gestami dobrej woli nie utrzymają wpływów w regionie. Dlatego powinni jak najszybciej wypracować nową kompleksową politykę wobec Bliskiego Wschodu.

Osobiście jednak nie wierzę, że Ameryka jest zdolna do opracowania takiej polityki. Mimo kilku inicjatyw czy to administracji Obamy czy tej Trumpa względem Bliskiego Wschodu, Amerykanom od ponad 20 lat brakuje pomysłu na nową formułę współpracy z krajami regionu, a amerykańscy dyplomaci krzątają się od kryzysu do kryzysu.

To nie jest wina tylko samych Amerykanów, ale też dynamicznych zmian społecznych i politycznych jakie zachodzą na Bliskim Wschodzie, do których Amerykanie nie mogą się przystosować, co pokazały np. doświadczenia arabskiej wiosny.

Sojusz z Ameryką jest dla Arabów bardzo ważny. Jeśli Amerykanie nadal nie będą jednak w stanie gruntownie przebudować swoich stosunków z regionem, to ostatecznie pozycja USA jako hegemona w regionie załamie się.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Doceniasz moją pracę? Możesz postawić mi wirtualną kawę, klikając w przycisk obok.

Zostań patronem Bloga

Możesz zostać także stałym Patronem Bloga. W zamian otrzymasz cotygodniowe przeglądy prasy, wczesny dostęp do moich artykułów i udział w sesjach Q&A. Tutaj znajdziesz szczegóły.

TOMASZ RYDELEK

Autor, założyciel Pulsu Lewantu

Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Tomasz Rydelek

Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Archiwum

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Doceniasz moją pracę? Możesz postawić mi wirtualną kawę, klikając w przycisk obok.