Puls Lewantu – twoje źródło wiedzy o Bliskim Wschodzie

Blog poświęcony szeroko rozumianej tematyce Bliskiego Wschodu. Polityka, gospodarka, historia, społeczeństwo.

Est. 2018

Atak na saudyjskie instalacje naftowe

by | Sep 18, 2019 | Bliski Wschód | 0 comments

W sobotę, 14 września 2019 r., saudyjskie instalacje naftowe w Abqaiq i Khurais zostały zaatakowane z powietrza. W ten sposób, w ciągu zaledwie kilku minut, wydobycie ropy naftowej w KSA spadło o 5,7 mln baryłek/dzień (tj. o około 5% światowego wydobycia). Rynki zadrżały, a ryzyko otwartego konfliktu na Bliskim Wschodzie wzrosło. Kto stoi za ostatnim atakiem oraz jakie konsekwencje może mieć on dla tego regionu świata?

Cel

W zeszłą sobotę rakiety spadły na dwie saudyjskie rafinerie, które mają kluczowe znaczenie nie tylko dla saudyjskiego sektora naftowego, ale także dla światowej gospodarki.

Pierwszym celem była rafineria w Abqaiq, która zajmuje się przetwarzaniem ropy z największego na świecie pola naftowego – Ghawar. Otrzymane tutaj „produkty” wysyłane są następnie zarówno do położonych nad Zatoką Perską terminali Ras Tanura i Juaymah, jak i do terminalu w Yanbu nad Morzem Czerwonym. Drugim celem były natomiast, położone 200 na zachód, instalacje na polu naftowym Khurais, które jest drugim, po Ghawarze, największym polem naftowym w KSA.

Oba ataki zmniejszyły dzienne wydobycie saudyjskiej ropy naftowej niemal o połowę – tj. o ok. 5,7 mln baryłek/dzień. Szybko odbiło się to na globalnych cenach ropy naftowej. Gdy w poniedziałek otworzono giełdy cena tego surowca wystrzeliła o ok. 20%. Dopiero, gdy USA zapowiedziały że są w stanie „uruchomić” własne rezerwy, a saudyjski minister energetyki książę Abdulaziz bin Salman zapowiedział, że instalacje zostaną naprawione w ciągu 2-3 tygodni, ceny ropy zaczęły stopniowo spadać.

Saudyjska infrastruktura naftowa, źródło: EIA

Sprawca

Wkrótce po ataku, rebelianci Houthi wydali oświadczenie, w którym przyznali się, że to oni stali za atakami na instalacje w Abqaiq i Khurais. Jednak niemal nikt im nie uwierzył. Dlaczego?

Prawdą jest, że Houthi od początku 2018 r. dokonują regularnych ataków na cele w Arabii Saudyjskiej. Swoją „kampanią powietrzną” objęli także krytyczną dla saudyjskiej gospodarki infrastrukturę naftową należącą do Saudi Aramco. Jemeńczycy prowadzili tę kampanię głównie przy pomocy dronów i pocisków balistycznych, które były szmuglowane do Jemenu przez irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Mimo dużego sukcesu propagandowego, realne możliwości rebeliantów Houthi w starciu z saudyjską obroną przeciwlotniczą były stosunkowo małe. Wielokrotnie jemeńskie rakiety w ogóle nie dolatywały do celu, mijały go nieznacznie lub – nawet gdy trafiały w cel – to nie były w stanie wyrządzić żądnych istotnych szkód.

Dotychczas Saudowie – mimo że dość nieporadnie – to radzili sobie z „powietrznym” zagrożeniem ze strony Houthich, a światowe rynki ropy naftowej nie reagowały na wystrzeliwanie kolejnych rakiet przez buntowników z Saany.

Sobotni atak był jednak inny – był bardzo dobrze zorganizowany i objął dwie, znacznie od siebie oddalone, rafinerie. Poza tym do jego przeprowadzenia użyto nie tylko dronów, ale także najprawdopodobniej pocisków manewrujących – typuje się, że były to irańskie Soumary. Tym samym atak ten znacznie różnił się od tych, które dotychczas przeprowadzali Houthi – ich poprzednie ataki były dużo gorzej skoordynowane i miały znacznie mniejszą skalę (często było to odpalenie tylko jednej rakiety balistycznej), a także nie słynęły z precyzji. Dlatego też zarówno Pentagon, jak i pro-saudyjska kolacji walcząca w Jemenie, zgodnie uznali, że Houthi kłamią, a sprawcy ataku wcale nie wystrzelili rakiet z Jemenu. Jeśli jednak nie z Jemenu, to skąd nadleciały rakiety?

Zdaniem Amerykanów rakiety wystrzelono z terytorium samego Iranu. Według źródeł saudyjskich, Waszyngton miał przedstawić Rijadowi nawet pewne dowody na tę okoliczność, jednak Saudyjczycy mieli uznać je za „nieprzekonujące”. I trudno im się dziwić. Irańczycy słyną ze swoistego „outsourcingu” swojej „wojny” z Saudami i Ameryką, poprzez zrzucanie je na barki swoich grup proxy (np. Houthi czy Hezbollahu) – sam Teheran ogranicza się natomiast głównie do wsparcia materiałowego i pomocy doradców z IRGC. Wątpliwe jest, aby Irańczycy nagle zrezygnowali z tej strategii i zaczęli odgrywać rolę „bezpośredniego agresora”.

Inną możliwą opcją jest ta, że naloty na instalacje w Abqaiq i Khurais zostały przeprowadzone z terytorium Iraku. Od wielu miesięcy z tego kraju docierają informacje mówiące o tym, że Teheran przerzuca do Iraku swoje rakiety balistyczne i pociski manewrujące. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w czerwcu 2019 r., według informacji WSJ, amerykański wywiad miał dojść do wniosku, że majowy atak na dwie instalacje saudyjskiego ropociągu Wschód-Zachód został przeprowadzony właśnie z terytorium Iraku – co Bagdad zanegował. Podobnie sprawa wygląda także teraz. Iracki premier Adil Abd al-Mahdi zaprzeczył jakoby sobotni atak został przeprowadzony z terytorium jego kraju. Jednocześnie jednak powołał specjalną komisję, która ma zbadać ewentualne irackie zaangażowanie w ataki. Ponadto, tego samego dnia gdy doszło do ataków, nad Kuwejtem miano widzieć niezidentyfikowane drony lecące na południe, w kierunku KSA.

W poniedziałek sekretarz stanu Mike Pompeo odbył rozmowę telefoniczną z Mahdim, podczas której miał zapewnić premiera, że ataki nie zostały przeprowadzone z terytorium Iraku – tak przynajmniej twierdzą sami Irakijczycy. Pompeo natomiast nie odniósł się do treści tej rozmowy.

Moim zdaniem najbardziej prawdopodobną opcją jest ta, zgodnie z którą ataki zostały przeprowadzone z terytorium Iraku. Możliwości Houthich są ograniczone, a ich dotychczasowe ataki na cele w Królestwie miały diametralnie inny charakter niż sobotnie zajście. Tymczasem Irak nie tylko znajduje się bliżej miejsca ataku, ale także pełen jest osób o pro-irańskich sympatiach pełniących wysokie funkcje w różnych instytucjach państwowych.

Pomijając jednak miejsce, z którego atak przeprowadzono, to jedno jest pewne – za atakiem stoi Iran. Nie ma tutaj zbyt dużego znaczenia czy przy jego przeprowadzaniu posłużono się rebeliantami Houthi czy irackim PMU czy też czy rakiety wystrzelono z samego Iranu.

Rebelianci Houthi wystrzeliwujący jedną ze swoich rakiet

Rijad pod ostrzałem

Największe konsekwencje sobotnie ataki będą miały oczywiście dla ofiary zajścia – Królestwa Arabii Saudyjskiej. Przede wszystkim pojawia się pytanie o kondycję saudyjskiej obrony przeciwlotniczej. O ile Saudowie dotychczas dość sprawnie dawali sobie radę z zagrożeniem ze strony Houthich, o tyle ostatni atak zupełnie ich zaskoczył. Wiele wskazuje na to, że saudyjska armia nie wykryła nadlatujących rakiet i dronów, a alarm podniosła dopiero gdy instalacje naftowe zostały zaatakowane. Całość zajścia zostanie najpewniej szczegółowo zbadana podczas śledztwa zapowiedzianego już przez rząd. Jedno już teraz nie ulega wątpliwości, że saudyjska armia, podobnie jak inne armie świata, ma duże problemy przy zwalczaniu ataków prowadzonych przy pomocy łączonych grup dronów i rakiet. O ile małe ataki ze strony Houthich były dość sprawnie neutralizowane, o tyle zmasowane ataki (tak jak ten w sobotę) stanowią dla Saudów ogromne wyzwanie.

Moskwa zareagowała na saudyjskie problemy w ekspresowym tempie, a prezydent Putin zapowiedział już, że jest gotów dostarczyć KSA rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej. Pytanie jednak czy zakup rosyjskiego sprzętu podniósłby jakość saudyjskiej obrony? Jest to wątpliwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę rosyjskie doświadczenia z Syrii. Otóż rosyjska baza lotnicza w Humajmim była wielokrotnie atakowana przez syryjskich rebeliantów przy pomocy zmasowanych ataków dronowo-rakietowych. Mimo, że rosyjskiej obronie p-lot udawało się strącić wiele celów, to jednak część przedzierała się i trafiała w pas startowy lotniska czy poszczególne samoloty. Ostatecznie Rosjanie dali za wygraną i wybudowali potężne hangary, w których od teraz przechowywane są samoloty RuAF (wcześniej stały one „pod chmurką”).

Sobotni atak jeszcze bardziej utrudni MBS-owi realizację jego ambitnego planu modernizacji kraju – Saudi Vision 2030. Biorąc pod uwagę, że przez najbliższe 2-3 tygodnie saudyjskie wydobycie będzie odbywało się na poziomie zmniejszonym o połowę, a cena ropy nie pójdzie znacząco w górę, to saudyjski budżet może zanotować w 2019 r. dochody dużo niższe niż zakładano. To natomiast przełoży się na mniejszą kwotę jaką będzie można wpompować w Saudi Vision 2030. Ponadto atak na saudyjskie rafinerie oddali także moment wejścia Saudi Aramco na giełdę, co – w planach MBS-a – ma być jednym z najważniejszych źródeł finansowania modernizacji Królestwa. Z punktu widzenia gospodarczego, na atakach dużo stracą także kraje azjatyckie, do których trafia blisko 80% saudyjskiego eksportu.

Tym razem nawet Putin nie może pomóc MBS-owi ;), źródło: C-SPAN

Smok dostaje rykoszetem

Sobotni atak ma jednak znaczenie nie tylko dla samego Królestwa, ale także dla geopolitycznej układanki tak w regionie, jak i na świecie. Rakiety spadające na saudyjskie rafinerie były zaledwie demonstracją tego co czekałoby świat, gdyby doszło do otwartej amerykańsko-irańskiej konfrontacji. Pierwszym celem Irańczyków byłyby właśnie instalacje naftowe sojuszników Waszyngtonu – Saudów, Emiratów i Bahrajnu. Momentalnie doprowadziłoby to do skoku ceny ropy naftowej. Jednak najwięcej na tym nie straciłyby wcale Stany Zjednoczone, lecz Chiny i inne kraje azjatyckie – to właśnie na rynek azjatycki trafia ok. 80% saudyjskiej ropy naftowej.

Nic też dziwnego, że Chiny – które zwykle nie stają po żadnej stronie “bliskowschodnich rozgrywek” – tym razem otwarcie potępiły atak na saudyjskie instalacje (nie wskazując jednak sprawców).

Znak zapytania nad Bagdadem

Jeśli okazałoby się, że sobotni atak przeprowadzono z terytorium Iraku, to sytuacja wewnętrzna w tym kraju mogłaby ulec jeszcze dalszej destabilizacji. Premier Mahdi już teraz napotyka na coraz większe problemy. Hikmah utworzyła już gabinet cieni. Sadr był ostatnio w Iranie i miał prosić Chameneiego o pomoc w wymuszeniu na Mahdim dymisji, a jakby tego było mało, to znowu rośnie napięcie na linii Bagdad-Irbil m.in. z powodu nadchodzącego cenzusu narodowościowego, czy nierozwiązania sprawy udziału KRG w irackim budżecie.

Waszyngtoński dylemat

Atak na saudyjskie instalacje jest, tak jak pisze Steven A. Cook w swoim ostatnim artykule dla Foreign Policy, przełomowym momentem w historii relacji USA z Bliskim Wschodem. Od końca II wojny światowej Ameryka dbała, aby surowce energetyczne wydobywane w tym regionie świata mogły swobodnie trafiać na światowy rynek. Jeśli ktoś podważał ten stan rzeczy, to automatycznie rzucał rękawicę amerykańskiej potędze, rękawicę którą Waszyngton dotychczas zawsze podejmował, czego najlepszym przykładem była operacja Pustynna Burza.

Jednak obecnie, wraz ze wzrostem krajowego wydobycia gazu i ropy oraz przeniesieniem się globalnej rywalizacji na Pacyfik, Amerykanie staja się coraz mniej chętni do jakichkolwiek militarnych operacji w regionie Bliskiego Wschodu, które od 2001 r. kończą się – lekko mówiąc – co najmniej nie po myśli Waszyngtonu.

Swoimi ostatnimi działaniami Irańczycy, podobnie jak Husajn w latach 90., rzucają amerykańskiej potędze rękawicę. Czy Amerykanie są gotowi ją podjąć także tym razem? Więcej na ten temat w kolejnym tekście pt. „Wszyscy ludzie prezydenta”.

Od lewej: Bolton, Pompeo, Trump, Pence. Brakuje tu jeszcze dwóch Panów i mielibyśmy “wszystkich ludzi prezydenta”, źródło: U.S. Department of State, flickr.com

Dołącz do Patronów bloga!

Dołącz do grona Patronów bloga i uzyskaj dostęp Strefy dla Patronów. W każdy weekend na biurkach moich Patronów pojawia się przegląd prasy, czyli podsumowanie najważniejszych wydarzeń na Bliskim Wschodzie w minionym tygodniu. Patroni otrzymują także wczesny dostęp do wszystkich treści przeze mnie tworzonych. Na Facebooku istnieje specjalna grupa dyskusyjna dla Patronów Pulsu Lewantu, gdzie wstawiam zakulisowe materiały oraz organizuję tzw. “Wolne Czwartki”.

TOMASZ RYDELEK

TOMASZ RYDELEK

Autor, założyciel Pulsu Lewantu

Absolwent prawa na WPiA Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Tomasz Rydelek

Absolwent prawa na WPiA Uniwersytetu Łódzkiego (2019). Od 2018 r. prowadzi kolumnę poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu w miesięczniku Układ Sił. W 2018 r. krótko współpracował z War History Online, jednym z największych portali zajmujących się tematyką historii wojskowości. Ostatecznie postanowił jednak poświęcić się własnym projektom, zakładając w 2018 r. bloga Puls Lewantu. Oprócz obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie interesuje się głównie historią brytyjskiego kolonializmu oraz nowożytnego Iraku.

Archiwum

error: Nie tym razem, Michale! Ta zawartość jest chroniona!